Parafia Opatrzności Bożej

Małe Dzieło Boskiej Opatrzności - Księża Orioniści ul. Polna 8, 62-800 Kalisz, tel/fax:627668733
Skontaktuj się z nami przez formularz
ZOBACZ OGŁOSZENIA PARAFIALNE

Msze Święte

w niedziele i święta
7.00; 9.30; 11.00; 12.30; 16.00; 18.00
w dni powszednie
7.00; 18.00

Kancelaria Parafialna

poniedziałek od 16 do 18
wtorek od 10 do 12 i 16 do 18
środa od 10 do 12 i 16 do 18
czwartek - biuro nieczynne
piątek od 16 do 18 sobota od 11 do 12

Batalia o in vitro trwa!
Jeżeli ktokolwiek z nas myślał, że kwestia in vitro została odłożona przez polityków ad calendas graecas (czyli na półkę), to po ostatnich informacjach jakie napływają z Sejmu może powiedzieć, że grubo się mylił.
Ktoś powie, a co złego jest w tym in vitro? Skoro ktoś nie ma dzieci, a chce je mieć to ….? No właśnie. Czym jest metoda in vitro? Mówiąc wprost – jest niemoralna i nie do przyjęcia przez nas, ludzi wierzących. Ludzi, którzy szanują fundamentalne prawo każdej ludzkiej istoty do życia.


Powiem więcej - naszym obowiązkiem jest obrona ludzkiego życia, a in vitro jest niczym  innym, jak selekcją i niszczeniem ludzkich zarodków, niszczeniem człowieka! Warto wspomnieć fragment encykliki Evangelium vitae:  Człowiek – pisze Jan Paweł II – zostaje obdarzony najwyższą godnością, która jest zakorzeniona w wewnętrznej więzi łączącej go ze Stwórcą. Jaśnieje w nim odblask rzeczywistości samego Boga. Innymi słowy zabijając człowieka (zwłaszcza tego nienarodzonego, bezbronnego) zadajemy bolesny cios więzom, które łączą człowieka z Bogiem. Opowiadając się za metodą in vitro zabijamy więzy, jakie łącza istotę ludzką ze Stwórcą. W ramach procedury in vitro człowiek traktowany jest jak rzecz. Z tego wynika całe zło tej metody – twierdzi ks. prof. Tomasz Kraj. W tym miejscu zapytam: boli takie zderzenie myślowe? Niech boli. Może zacznie pracować rozum.
Nie można nie zgodzić się z twierdzeniem księdza profesora. Otóż podczas stosowania metody in vitro, to co robi lekarz jest – nazwijmy to – aktem technicznym. Podczas zapłodnienia tą metodą zarodek (a więc człowiek - istota żywa) jest traktowany technicznie, jak rzecz. Można go zamrażać, sprzedawać, przekazać komuś innemu. Ot tak, po prostu. Niczym na miejskim targowisku.
A teraz spójrzmy na to, co dzieje się w klinikach zajmujących się stosowaniem metody zapłodnienia pozaustrojowego. Jak twierdzi lek. Maria Mikuła-Wesołowska najbardziej widoczny jest brak troski o życie i przedmiotowe traktowanie potencjalnych rodziców. Generalnie w klinikach in vitro w statystykach liczy się dodatni transfer, natomiast w leczeniu za pomocą naprotechnologii w statystykach liczy się dziecko.
W tym miejscu przytoczę świadectwo lekarza medycyny z Białegostoku, który tak wspomina swoje przeżycia, kiedy pracował w jednej z klinik stosujących metodę in vitro:
Był początek 2007 roku. Wracałem do domu ze swoją żoną po wczasach na Słowacji. Poczułem, że dzieje się ze mną coś, czego po ludzku nie potrafię nazwać. Czułem, że zaczynam postrzegać życie zupełnie inaczej, że ono zaczyna we mnie tętnić. Zobaczyłem to życie i swoją pracę przez pryzmat dwóch koron drzew: jedna jest zielona, pełna liści, żywa – to te dzieci, którym się daje szansę w programie in vitro, a drugie drzewo – suche, bez liści – to te dzieci, którym się szansy na dalsze życie po prostu nie dało... Taki jest program in vitro! Zawsze wiedziałem, że ileś istnień ludzkich musi zginąć w trakcie realizacji in vitro, ale tego wieczoru jakby otworzyły się moje oczy i zacząłem to widzieć przez pryzmat tętniącego życia.
Po kilku dniach otwieram gazetę – i co widzę? Wśród 10 tys. wyrazów na szpalcie gazety zaledwie trzy dotyczyły życia – a ja widziałem właśnie je i według mnie one świeciły. Czułem, że nie jest to iluzja ani przypadek, czułem działanie Siły Nadprzyrodzonej.
Potem przyszła wiosna i na naszym osiedlu zazielenił się trawnik. Kiedy miałem przejść z jednego chodnika na drugi, bałem się stanąć na trawie. Łapałem się na tym! Bałem się zniszczyć życie, które może być ukryte pomiędzy źdźbłami trawy – a przecież w programie in vitro niszczyłem życie przez cały czas!
W tym okresie, gdy doznawałem tego wszystkiego, pewnego dnia ojciec Pio stanął przede mną jak żywy. Przeżyłem wtedy duchowy wstrząs. Zrozumiałem, że muszę zmienić swoje życie. Potem przychodził jeszcze wielokrotnie, ale już w czasie snów. Było w nich wyjątkowe odczucie realności tego, co się ze mną dzieje. Ojciec Pio pokazywał mi, co mam robić, zupełnie się ze mną nie patyczkując. Dawał mi wolną wolę, ale był strasznie twardy.
Właśnie wtedy zacząłem czytać książki o ojcu Pio. Przeczytałem je wszystkie jednym tchem. Dowiedziałem się, że św. Franciszek też nie mógł stanąć na trawniku, bo nie chciał zniszczyć życia! Miałem przekonanie, że to Pan Bóg mnie dotknął, i byłem bardzo szczęśliwy, że tak się stało. Tylko nie wiedziałem, co zrobić, żeby nie zmarnować tej wyjątkowej szansy, żeby pójść za wolą Boga, za tym, co mi Pan Bóg wyznacza...
Kiedy zacząłem dostrzegać te znaki i przeżywać dotknięcie Pana Boga, poszedłem do szefa, właściciela kliniki programu in vitro, i powiedziałem: „Nie mogę u ciebie pracować. Nie mogę pracować w programie in vitro. Nie potrafię pracować przy życiu i je »niechcący« niszczyć”. Nie chciałem mu mówić o swoich odczuciach, bo prawdopodobnie by mnie wyśmiał. On odpowiedział, że pewnie jestem zmęczony, i kazał mi gdzieś wyjechać i odpocząć. Ucieszyłem się, że mogę sobie odpocząć poza urlopem. Byłem pewny, że nie będę mógł kontynuować tej pracy, ale chciałem nabrać do tego dystansu i zdecydować, jakie mogą być moje dalsze kroki, kiedy już opuszczę tę klinikę programu in vitro.
Pojechaliśmy z żoną jeszcze raz na Słowację. Pewnego wieczoru, około godziny osiemnastej, wyjechaliśmy z hotelu do kościoła, który znajdował się w odległości 16 – 17 km. Był tam jeden ksiądz na sześć kościołów, który codziennie odprawiał Mszę w innej świątyni. Wiedzieliśmy już, w którym kościele będzie, tylko nie wiedzieliśmy, gdzie ten kościół jest. Była prawie szósta wieczorem – ciemno, mgła, jechałem 30 na godzinę… Nagle przykleił się do przedniej szyby gołąb, biały gołąb, który nas prowadził może z 500 m – do zakrętu, w który trzeba było skręcić, żeby trafić do tego kościoła. Gdybym sam tylko widział tego gołębia, prawdopodobnie nikt by nie uwierzył w to opowiadanie, ale w tym samochodzie siedziała oprócz mnie moja żona i nasza koleżanka ginekolog.
31 marca złożyłem wypowiedzenie w swojej klinice i powiedziałem, że już nie będę pracować przy metodzie in vitro. Właściciel powiedział mi wówczas tak: „Niejeden profesor w Polsce chciałby mieć twoje nazwisko. Osiemdziesiąt procent wszystkich pacjentek, które trafiają tutaj, do Białegostoku, przyjeżdża do ciebie. Co ty robisz!?”. W tym momencie całkowicie zaufałem Panu Bogu, zrezygnowałem z pracy w tej klinice programu in vitro, z tych wielkich comiesięcznych pieniędzy, za które można było co miesiąc kupić nowy samochód, bardzo dobrej marki. Zdjąłem fartuch, zostawiłem swoje atrybuty lekarza i powiedziałem, że lekarzem nigdy więcej nie będę, nie chcę być – bo nie chcę niszczyć życia. Przez 16 lat leczyłem niepłodność, zajmowałem się bardzo wysublimowaną dziedziną medycyny i nie potrafiłbym leczyć czegoś innego.
Jesienią zadzwoniła koleżanka ginekolog – ta sama, która była z nami na Słowacji i która także widziała gołębia. Zapytała mnie, czy wiem, co to jest naprotechnologia. Oczywiście nie wiedziałem, ale powiedziałem jej, że jeżeli to nie jest brzydkie słowo, to będę próbował szukać, co to takiego ta naprotechnologia. Okazało się, że jest to dziedzina, która pomaga leczyć niepłodność, która walczy z niepłodnością u małżeństw potrzebujących tej pomocy. Dziedzina naukowa – nie jakaś wyssana z palca, lecz prawdziwa medycyna. Poczułem się szczęśliwy, bo okazało się, że mogę całą swoją zdobytą wiedzę i doświadczenie zastosować w praktyce. To nie była sztuka zdjąć fartuch i wszystko rzucić, ratując swoją duszę. Przypuszczam, że Pan Bóg kiedyś by mnie zapytał: „Co z twoimi talentami? Nie spożytkowałeś ich dla dobra innych”… Zaniedbanie to też przestępstwo, to też jest grzech...
No właśnie. Czym jest metoda, o której media głównego nurtu i Ministerstwo Zdrowia milczą? Naprotechnologia (z ang. Natural Procreative Technology) to inaczej metoda naturalnej prokreacji. Została stworzona przez amerykańskiego ginekologa, profesora Thomasa W. Hilgersa z Omaha (USA) i zajmuje się diagnostyką i leczeniem niepłodności oraz innych problemów ginekologicznych. Innymi słowy, metoda ta, to wsparcie naturalnej prokreacji. Jest to nowa gałąź medycyny odnosząca się do zdrowia reprodukcyjnego, ukierunkowana na dobrą diagnostykę i skuteczne leczenie. Korzysta z najnowszych osiągnięć ginekologii, chirurgii, endokrynologii.
Stanowisko Kościoła w sprawie metody in vitro jest jasne i zostało określone przez Kongregację Nauki Wiary w dokumencie Donum vitae (Instrukcja o szacunku dla rodzącego się życia ludzkiego i o godności jego przekazywania ) z 1987 roku.
Pozostaje mieć tylko nadzieję, że nowe otwarcie w polityce, które zapewne nastąpi jesienią spowoduje, że znajdą się w budżecie państwa środki na rozpowszechnienie metody naturalnej prokreacji, jaką jest naprotechnologia. Gwoli ciekawości podam, że za rządów min. Arłukowicza, program in vitro miał zagwarantowane 240 mln zł na realizacje trzyletniego programu. Gdyby tak na początek, połowę tej kwoty przeznaczyć na leczenie metodą naturalnej prokreacji?
Jan Parafianin

Czytania na dziś

Bp Zbigniew Kiernikowski

Dzisiejszym spotkaniem rozpoczynamy cykl katechez, które mają przybliżyć nam rozumienie Liturgii oraz pomóc bardziej świadomie i owocnie w niej uczestniczyć. Kształtowanie, pogłębianie naszej świadomości liturgicznej jest bowiem niezmiernie istotne i ważne, gdyż to właśnie przez Liturgię dokonuje się uświęcenie naszego życia.

CZYTAJ CAŁOŚĆ

fb/narodzeni