Tomasz Osuch
Wspólnie z żoną Małgorzatą założył Fundację Spełnionych Marzeń, która pomaga dzieciom z chorobami nowotworowymi. Potrzeba wspierania innych zrodziła się po tragicznym wydarzeniu w życiu ich rodziny, którym była śmierć chorującego na białaczkę jedenastoletniego synka.


Niektórzy czytelnicy prawdopodobnie mogli przekonać się sami, że w czasie tak trudnej i długotrwałej choroby, jaką jest nowotwór, najważniejsze jest nastawienie psychiczne. Najtrudniej nawet nie tyle postarać się o siły, których często brakuje chorym i ich bliskim, co o uśmiech! Szczególnie jest on potrzebny na twarzach osób opiekujących się chorymi. Kto jak kto, ale dzieci od razu widzą, że z nami jest coś nie tak. Nasze emocje są wypisane na twarzy, a wyraz naszych oczu jest dla nich jak lustro, w które spoglądają ze swoich łóżek. A jeżeli one nie chcą w nim zobaczyć swojego odbicia, to trzeba pokazać im zupełnie inną twarz. Ale jak to zrobić? Jak pomóc tym ledwo żyjącym mamom i tatom goniącym między szpitalem, pracą a domem? Co sprawi, że wchodząc na oddział, będą zmierzali w stronę chorego dziecka z uśmiechem, który nie zniknie przez cały czas przebywania z małym pacjentem? Tym właśnie zajął się Tomasz Osuch.
Z Tomaszem Osuchem spotykamy się w śródmieściu Warszawy, w miejscu, które sam stworzył. To duże, rozległe mieszkanie położone na drugim piętrze przedwojennej modernistycznej kamienicy. Budynek ten wraz kilkoma innymi niemal cudem przetrwał wojenną zawieruchę. To tak, jakby to miejsce czekało właśnie na Tomka, aby stworzył tam coś w rodzaju hoteliku, gniazda dla rodziców chorych dzieci, gdzie mogliby poczuć się bezpieczni i nie musieli spać na karimacie w szpitalu, ale by mogli w tym miejscu, zaledwie 300 metrów od szpitala dziecięcego na Litewskiej, spokojnie poczekać, może przespać się chwilę, a potem pójść do chorego dziecka.
Jest tam także kuchnia, sala konferencyjna, w której można spotkać się z psychologiem i stworzyć swoją grupę wsparcia. W tym miejscu przy ul. Oleandrów mogą ugotować posiłki dla swoich dzieci, które po chemioterapii mają tak dziwne smaki, że kuchnia szpitalna nie zawsze sobie z tym daje radę. Tutaj mają też możliwość odświeżenia się, złapania oddechu.
Chciałbym, aby to miejsce tętniło życiem. Tutaj również chcielibyśmy szkolić wolontariuszy, którzy spędzają czas z naszymi podopiecznymi – mówi pan Tomasz. I tak się stało!
Skąd pomysł, aby pomagać nie tylko dzieciom, co jest coraz bardziej powszechne, ale także ich rodzicom? Otóż, sam był rodzicem chorego dziecka i przychodził na oddział onkologiczny szpitala na Litewskiej, gdzie leżał jego synek.
Marcinka, który był oczkiem w głowie mamy i taty, już nie ma. Umarł. Choroba okazała się silniejsza. Ale te dwa lata, które pan Tomasz spędził na oddziale, spowodowały, że postanowił zrealizować taki projekt. To była – jak sam twierdzi – misja... taki lek na ból, który towarzyszy rodzicom w takiej sytuacji.
Wiem, że każdy o swoim dziecku mówi jak najcieplej i najlepiej. Ale mogę stwierdzić, że Marcin był wspaniałym chłopakiem. Rzadko zdarza się taki człowiek. Nie mogę sobie poradzić z tym, że go nie ma. Staram się o tym nie myśleć, ale to we mnie tkwi. Pracuję po 16–18 godzin dziennie, żeby jak najmniej o tym myśleć.

W relacji taty Marcinek jawi się jako bardzo pogodne dziecko. Chłopiec łatwo nawiązywał kontakt z ludźmi. Szybko stawał się celem zainteresowania innych.
Poświęcałem mu tyle czasu, ile tylko mogłem. Traktowaliśmy go jak dorosłego, dużo z nim rozmawialiśmy. Był wrażliwy na cierpienie, dostrzegał rzeczy dobre i złe. Miał wysublimowane podniebienie. Jadał takie rzeczy, których jego rówieśnicy raczej nie jedzą. Te dwa i pół roku to była duża część jego małego, krótkiego życia. Dziś śmiało mogę stwierdzić, że choroba uszlachetnia wszystkie dzieciaki. Ja, moja żona, wolontariusze rozmawiamy z nimi jak z osobami dorosłymi, bo to są bardzo dojrzałe osoby.
Dzień, w którym wraz z żoną dowiedział się, że Marcin jest chory, pamięta doskonale. To było w czasie wakacji. Choć już po Pierwszej Komunii Świętej zaczęły się problemy. Tak chłopiec trafił na oddział.
Marcinek miał problemy z kolanem, dlatego zrobiliśmy wszystkie możliwe badania. Nawet lekarz medycyny sportowej badał go, ale nic nie znalazł. Pamiętam ostatnie „zdrowe" wakacje Marcinka, gdy wróciliśmy z Bieszczad. Czułem, że coś jest nie tak. Zrobiliśmy kolejne badania. Pojechaliśmy jeszcze na trzy dni nad morze. Kiedy wróciliśmy, bałem się odebrać wyniki badań. Przeczuwałem coś, bo z Marcinkiem łączyła mnie tak niesamowita więź, że rozumieliśmy się bez słów. Zadzwoniłem do żony, żeby przyjechała, bo ja nie byłem w stanie odebrać tych wyników. Okazało się, że jest coś nie w porządku z krwią. Mieliśmy szczęście w tym nieszczęściu, że lekarz pierwszego kontaktu, który badał Marcinka, pracował kiedyś w szpitalu na Litewskiej. Wyniki od razu zaniepokoiły panią doktor. Po tygodniu okazało się, że jest to ostra białaczka limfoblastyczna. Było to dla nas jak cios stukilowym miotem w głowę.
Wtedy rozpoczęła się chemioterapia?
Tak, standardowe leczenie chemią przez kilka miesięcy. Potem, gdy wydawało się, że wszystko jest już w porządku, zakończyliśmy leczenie. Marcinek wrócił do szkoły.
Mimo to, że chłopiec czuł się lepiej, że myśleli, iż pokonali chorobę, niepokój pozostał. U rodzica, którego dziecko chorowało na nowotwór, niepokój będzie zawsze. Nowotwór powrócił, gdy Marcin złapał infekcję, której nie można było szybko zwalczyć.
Pani doktor zadzwoniła do mnie i powiedziała, że jest to „wznowa”, co jest jeszcze gorsze. Wynikało z tego, że dwa lata walki poszły na marne. Marcin generalnie bardzo dobrze zniósł pierwsze leczenie, potem było już coraz gorzej. Okazało się, że moja żona Małgosia była potencjalnym dawcą szpiku. Ale już było za późno. Żadna chemia, nie była w stanie zwalczyć tej choroby. Przeszczep mógł odbyć się dopiero po wyleczeniu Marcinka...
To jest czas, kiedy człowiek jest w szoku. Nie wszystko, co mówią lekarze, do nas dociera. Pewne rzeczy są niezrozumiałe, ale i tak słyszymy tylko to, co chcemy usłyszeć. U nich sytuacja była bardzo trudna...
To była białaczka, która była dosyć ostra nie tylko z nazwy, ale także z przebiegu i złośliwości. Od początku było ryzyko, że może być wznowa choroby. Stąd pani doktor przeprowadziła dodatkowe badania na zakończenie tego intensywnego leczenia. Okazało się, że jest wszystko w porządku. Ale białaczka z tym genotypem jest bardzo niebezpieczna.
Co może czuć ojciec i matka, kiedy dowiadują się o najgorszym? Bezradność, bunt, żal? Poczucie porażki, pustkę? Cierpienie jest wielkie i nie każdego stać na wiarę w cud. Choć większość z nas w takim momencie jednak na to właśnie czeka!
Do ostatniego momentu wierzyliśmy. Był taki czas, że ja już wiedziałem, że nie ma szans, ale moja żona wierzyła do końca. Próbowałem to sobie wszystko wytłumaczyć. Wiem, że Marcin jest z nami. Wszystko, co robię, jest dla niego. Czuwa nad tym, abym nie zrobił głupoty i żeby nam to się wszystko udało. Dziękuję za to Bogu i mojemu synowi.
W tym momencie obaj wycieramy ukradkiem łzy... ale pan Tomasz zaraz dodaje:
Teraz już byłby pełnoletnim mężczyzną i pewnie pomagałby mi przy pracach.
Historia ta potwierdza tezę, że zło można zamienić w dobro.
Nie robiłbym tego, co teraz. Choć zawsze chciałem pomagać, to nie miałem motywacji i pomysłu. Nie jestem osobą z ulicy, która wymyśliła sobie, że będzie pomagać innym. Jestem człowiekiem, który po dwóch miesiącach wrócił na oddział, bo chciał w ten sposób odnaleźć swojego syna, być przydatny i wierny Marcinkowi do końca.
Kiedy odchodzi ktoś bliski, w człowieku pojawia się kompletna pustka. Jak poradzić sobie w takim momencie, także z tą dosłowną pustką w domu? Ci, którzy to przeszli, mówią, że „należy wtedy znaleźć swój sposób na życie". Nie wszyscy to potrafią. Każdy odczuwa to inaczej, na swój sposób.
Nie ukrywam, że do domu przychodziliśmy jak najpóźniej. Ubranka, zabawki Marcinka były ciągle na tym samym miejscu i tak przez kilka lat. Kiedyś dopiero spakowaliśmy je w pudełka, i leżą w szafie. Nie wiem, na co one czekają... Część rzeczy oddaliśmy biednym dzieciom. Ja przez cały czas mam zdjęcie Marcinka w samochodzie. Kiedy wyjeżdżamy na. wakacje, wkładamy jego zdjęcie do kosmetyczki. Rozmawiam z nim często.
Oprócz bólu i żalu pojawiają się też pewne mniej lub bardziej uzasadnione pretensje. Pewnie dlatego żona pana Tomasza bała się nawet zbliżać do szpitala, w którym zmarł ich syn. On miał więcej odwagi. Jak sam mówi, musiał tam wrócić, coś go do tego pchało...
Początki były bardzo trudne, bo wszyscy patrzyli na mnie jak na wariata. Człowiek, który stracił dziecko, wraca, żeby coś robić, i to jeszcze dwa i pól miesiąca po jego śmierci! Po co? Dlaczego? Kiedy wróciłem, na piętrze były dzieci i rodzice, którzy przebywali tam, gdy leżał mój syn, więc znaliśmy się bardzo dobrze, byliśmy zjednoczeni w tej walce. Pomyślałem sobie, że skoro my, rodzice, nie otrzymaliśmy tego od kogokolwiek, to widocznie musimy zrobić to sami.
Wtedy Tomasz Osuch poszedł do pani ordynator i powiedział, że chciałby pomóc tym dzieciom, że jest do dyspozycji. Wywiesił kartkę na drzwiach oddziału ze swoim numerem telefonu i zaprosił do współpracy wszystkich, którzy chcieliby pomagać dzieciom.
Chciałem przywrócić uśmiech dzieciom. Wiem, że to brzmi jak slogan, ale chodziło mi o to, aby w taki pobyt w szpitalu tchnąć energię i siłę. Dziecko nie może w oczach swojej mamy widzieć
własnej choroby. Jeżeli widzi w oczach mamy łzy, wie, że coś jest nie w porządku. Nie chodzi o to, aby dzieci dawały energię swoim rodzicom, tylko odwrotnie.
Wszystko od samego początku układało się bardzo dobrze. Po jakimś czasie pojawił się pomysł założenia fundacji. Była to spontaniczna inicjatywa.
Razem z żoną wymyśliliśmy, że na Dzień Dziecka powinniśmy przygotować prezenty dla dzieci. Pozbieraliśmy trochę rzeczy od moich znajomych, trochę od znajomych Małgosi. Zebraliśmy pokaźne paczki. Wtedy zjawiła się pewna pani, która nigdy nie czytała „Gazety Wyborczej", ale coś ją tchnęło i przeczytała apel matki, której dziecko leży w szpitalu i potrzebuje pomocy. Dotarła do matki i od niej usłyszała, że w szpitalu jest Tomek Osuch, który stara się pomagać dzieciom i je rozweselać. Ponieważ mój numer ciągle wisiał na drzwiach, zadzwoniła do mnie. Spotkaliśmy się na klatce schodowej i rozmawialiśmy około 10 minut. Pamiętam jak dziś, że była ubrana w biały dres.
Anioł?
Możliwe. Wyciągnęła z kieszeni 10 tysięcy złotych i powiedziała, że mam wziąć te pieniądze i je spożytkować.
Od razu postanowili kupić dzieciom prezenty. Pojechali z żoną do sklepu. Ale to był dopiero początek. Potem zorganizowali wycieczkę w Góry Świętokrzyskie, wyjście do kina, na pizzę, przejażdżkę ciuchcią. Zostało 500 złotych, które były pierwszymi pieniędzmi fundacji. Zanim dali te prezenty, pan Tomek wpadł na pomysł, że byłoby wspaniale, gdyby wręczył je dzieciom ktoś znany i lubiany. Wybrali popularną aktorkę – Małgorzatę Foremniak.
Wtedy „Na dobre i na złe" było na topie, oglądalność byla ogromna, dzieciaki i ich rodzice patrzyli w telewizorze na Zosię. Mój przyjaciel, który potem napisał statut fundacji, ma. żonę aktorkę i to właśnie ona dała nam kontakt do Małgosi Foremniak. Kiedy zadzwoniłem i powiedziałem, o co chodzi, zgodziła się natychmiast. Potem pojawiły się następne gwiazdy: Andrzej Grabowski, Cezary Pazura. Wtedy doszliśmy do wniosku, że należy założyć fundację, aby łatwiej pozyskiwać fundusze i lepiej pomagać.
Wszystko zaczęło się układać w całość. Najpierw ta pani z pieniędzmi, potem pomysł z aktorami, później przyszła pora na inną pomoc. Pojawił się kolejny Anioł, który co miesiąc chciał zasilać konto fundacji stałą kwotą.
To są także członkowie fundacji. Pamiętam, jak Andrzej Nejman przyszedł ze swoją żoną na standardową wizytę, a potem zadzwonił, że chcieliby przychodzić do dzieci raz, może dwa razy w tygodniu jako wolontariusze.
O celebrytach wiele się pisze w tabloidach, ale nie mówi się o tych, którzy robią tak piękne rzeczy, angażując się w tego typu działalność.
Szkoda, że media tak mało o tym mówią. Są dziesiątki takich osób, które pomagają. Kiedyś było ponad 300 wizyt celebrytów. Oczywiście każde spotkanie jest udokumentowane, robimy zdjęcia.
A jak wy sami, założyciele, dawaliście sobie z tym radę? Jak pogodzić pracę, dom i ból po stracie dziecka?
Właśnie o to chodziło, abyśmy nie mieli czasu na myślenie. To była ucieczka w pracę. Przychodził weekend i wyjeżdżaliśmy, aby tylko nie siedzieć w domu: na Mazury, nad Zalew Zegrzyński, do Kazimierza. Moja żona pracuje wciąż na całym etacie Kończy pracę o 16.00, wsiada w samochód, przyjeżdża do biun i przebywa z dziećmi na oddziale.
Pierwsze tygodnie i miesiące po stracie dziecka były bardzo trudne! Pan Tomek przyznał, że dużo czasu upłynęło, zanim wszedł do sali, w której leżał jego syn.
W końcu musiałem się przełamać i wejść do tej sali, chociażby w Dzień Dziecka razem z Gosią Foremniak, aby dać prezenty. Przekroczeń, tego progu nie było łatwe. Potem dołączyła do nas moja żona. Leżała w tej sali Beatka, która leczyła się wtedy, co Marcinek. Moja żon musiała ją w końcu odwiedzić. W prima aprilis pojawiła się w szpitalu ekipa z serialu „Na dobre i na złe” ze słuchawkami i oświadczyła że pacjenci mają się rozebrać. Jeden z pacjentów, Andrzej, był tak zaskoczony, że rzeczywiście to uczynił. W kolejnych salach już nie by takiego zaskoczenia, ale było to szalone, sympatyczne.
Kiedy powstała fundacja?
Kilka miesięcy po śmierci Marcinka.
Kto wpadł na pomyśl, aby nazywała się Fundacją Spełnionych Marzeń?
Moja znajoma po powrocie ze Stanów opowiadała o funda* tam działającej. Pomyślałem wtedy, że fundacja powinna mi w nazwie marzenia w czasie dokonanym. Zaakceptować z żoną ten pomysł. Były nawet pomysły, żeby po kilku lata zmienić nazwę, ale postanowiliśmy, że ta nazwa musi pozostać.
Marzenia dzieci leżących w szpitalnych łóżkach są różne. Wiele z nich czuje, że odchodzi. Inne chcą wyzdrowieć i szybko wrócić do domu. Jeszcze inne chcą kogoś poznać, coś zobaczyć. Ale głównie chcą zapomnieć o chorobie i wrócić do normalności.
Jakie były marzenia małego Marcinka?
Chciał koniecznie poznać Kayah. Niestety, nie udało się. Kayah przysłała płyty z dedykacjami. Zadzwoniłem do wytwórni. Odebrała dziewczyna, której matka miała problemy onkologiczne. Stanęła, na głowię, żeby nam pomóc, ale Kayah koncertowała. Pomyślałem, że może przyjechałby Stachursky, bo zawsze słuchaliśmy jego płyt z Marcinkiem. Praktycznie cofnąłem Stachurskyego od drzwi. Marcinek już nie był w stanie kogokolwiek przyjąć.
Fundacja Tomasza Osucha zajmuje się kompleksową opieką, pomocą, rozwiązywaniem problemów dzieci, młodzieży z chorobą nowotworową. Na początku spełniali marzenia w zasadzie hurtowo, później zajęły się tym inne fundacje. Stwierdzili, że skoro są organizacje kupujące sprzęty, gadżety, to oni powinni dać tym dzieciom coś innego, coś, czego bardzo im brakuje. Chcieli wypełnić dzieciom ten czas przebywania na oddziale tak, aby nie był dla nich stracony – uśmiechem, rozrywką, refleksją, czasami nauką.
Myślę, że to było wspaniałe spełnienie marzeń wielu dzieci, bo choroba nagle przerwała ich normalne życie. Przygotowaliśmy medale, które były rozdawane w pięknym towarzystwie, w pięknym miejscu. Dajemy dzieciom powrót do normalności.
Ważnym miejscem był dla dzieci ośrodek w Zalesiu, gdzie miały wakacje z marzeniami, potem także onko–olimpiadę, czyli kolejny sposób przywracania normalności. To zawody sportowe dla tych, którzy już wyszli, i tych, którzy jeszcze musieli zostać w szpitalu.
Radość na twarzach dzieci i łzy w oczach rodziców świadczyły, że jest to potrzebne. Są też pokazy mody, co dla dziewczynek jest wspaniałą zabawą. Jeżeli można połączyć przyjemne z pożytecznym, to wspaniale. Rodzic może zobaczyć swoje dziecko na wybiegu, a niedawno właśnie to dziecko leżało w łóżku. I dlatego dla, tych rodzin jest to święto.
Po co to wszystko? Czy w szpitalu dzieci nie otrzymują tego od lekarzy i pielęgniarek?
Lekarze mają leczyć, pielęgniarki dają leki, a salowe dbają o to, żeby to wszystko odbywało się w sterylnych warunkach. Z psychologami nie każdy rodzic czy dziecko chce rozmawiać.
Tomasz Osuch bardzo broni się przed stwierdzeniem, iż zastępują kogokolwiek w procesie leczenia. My bardzo czynnie uczestniczymy w procesie leczenia – mówi. Zresztą dają to, czego nigdy dość! Dają uśmiech i nadzieję, które znaczą wiele więcej niż kroplówka.
Energia, pozytywna energia. Często mówimy, że to jest tylko przerwa, ale nadal należy robić swoje. Chcesz pisać wiersze, pisz, chcesz składać komputery, składaj je.
Czy to nie jest jednak jakaś forma... oszukania chorego?
Odwracamy ich uwagę. Chcemy skierować ich myśli na coś innego, coś twórczego. Stąd kilka projektów, jak Aktywizacja — wyrównywanie szans", czyli podtrzymywanie tych umiejętności i rozwijanie ich podczas zajęć. Kiedy dziecko chce muzykować, malować, lepić, jesteśmy na to przygotowani, bo mamy takie projekty. Rodziców nie da się zastąpić, ale nasi ludzie są po to, by pomagać. Przechodzą szkolenia, rozmawiamy z nimi, na co mają zwrócić uwagę.
Dostajesz laurki od dzieci?
Tak, i to bardzo dużo. To dla mnie nagroda. Największą jednak jest oczywiście ich uśmiech. Staram się za tymi dziećmi nadążać. Nawet moja fryzura nie jest przypadkowa, ubieram się luźno. Rozmawiam z dzieciakami o trendach w muzyce, dlatego często jej słucham w samochodzie.
A gdyby ktoś zapytał: „Panie Tomku, po co Pan to cały czas robi?". Bo na początku chodziło o zagłuszenie tęsknoty po odejściu kogoś bardzo bliskiego, ale po tylu latach tej próby zagłuszania już nie ma.
Jest jeszcze na pewno. Widzę pozytywne efekty tego, co robię, tego, że jesteśmy skuteczni. Trudno nie robić tego, co ma sens. Jeśli nasze pomysły przywracają uśmiech, jest to największa nagroda. Cały czas próbujemy dojść do doskonałości.
A zdarza się tak, że pukają do drzwi fundacji rodzice, których dzieci odeszły, i mówią, ze chcą pomóc?
Chciałbym, aby takich rodziców było jak najwięcej, ale nie ukrywam, że nie każdy jest tak zwariowany, jak my. Ludzie chcą pomagać, ale potrzebują wskazówki, i my od tego jesteśmy.
Czujesz się wariatem?
Zdecydowanie tak [śmiech].
Kiedy widzisz uśmiech, radość na twarzach innych, bo ich dzieci wyzdrowiały, nie czujesz buntu, ze Warn nie udało się tego uśmiechu zobaczyć?
Nie. Nigdy tak nie myślałem. Nie zazdrościłem, że innym dzieciom się udało, a Marcinkowi nie. Nie mam syna, ale mam fundację. Skoro tak się stało, muszę się cieszyć z tego, co mam.
Miałeś pretensje do kogokolwiek?
Tylko do samego siebie, że nie miałem w sobie tyle energii i siły.
Wasza fundacja zmienia na kilka miesięcy świat chorego dziecka. A jak ta praca Was zmienia?
Trudno mi powiedzieć, bo ja od ośmiu lat czuję się taki sam. Robię to, co sprawia mi przyjemność. Mam jednak coraz mniej czasu, żeby zobaczyć się z moimi rodzicami. Mamy coraz mniej czasu, żeby wypoczywać, ale dbamy o to, aby ten wypoczynek był, bo wtedy będziemy mogli więcej zrobić. Ostatnie miesiące tworzenia Domu Rodzica bardzo nas zmęczyły, ale nie zmieniły. Ciągle jesteśmy tacy sami.
Spytałem o to, ponieważ często się zdarza, że ludzie, którzy przeżyją cierpienie, ból, włączają się w jakiś wolontariat. Stają się wrażliwsi.
Nieczęsto zdarzają się rodzice, którzy chcą pomagać po śmierci swojego dziecka. Nas zmieniło to na całe życie. Nie wyobrażam sobie, żebym teraz miał robić coś innego. Prowadząc fundację, przez trzy lata pracowałem w administracji wytwórni wódek, aleja nie potrafię siedzieć za biurkiem.
To oznacza, że dla Tomka Osucha nie ma życia poza fundacją?
Moja żona w tym wszystkim także uczestniczy, więc może dlatego to wytrzymuję. Nasza córka ma własne życie, ma męża, pracuje, ale jest z nami cały czas, pomaga w przedsięwzięciach poza szpitalem. Pracuje w reklamie, dlatego daje nam pewne wskazówki.
Od 2002 roku spełniacie marzenia dzieci. A jakie są Wasze marzenia?
Mogę powiedzieć za siebie. Moim marzeniem jest, aby wymyślono lekarstwo na tę chorobę. A ja wtedy wsiądę w samochód i pojadę na ryby. To jest moje marzenie. Zależy mi na tym, aby dzieci jak najmniej cierpiały, aby były uśmiechnięte. Mam jeszcze jedno marzenie — chciałbym wygrać w totolotka 15 milionów złotych, dzięki którym utworzyłbym jeszcze parę takich domów w Polsce.

K. Ziemiec, Niepokonani, Kraków 2013, 43–55

Słowo wzywające do wiary

Plac pełen żołnierzy.‭ ‬Jednakowe mundury.‭ ‬Te same czapki.‭ ‬Równy szereg butów.‭ ‬Padają jedne za drugimi słowa przysięgi.‭ ‬A potem wszyscy rozglądają się ze swoimi bliskimi.‭ ‬Chcą w tej chwili być razem.‭ ‬Mały chłopiec szuka swego ojca.‭ ‬Zadziera głowę,‭ ‬by dojrzeć jego twarz.‭ ‬Za wysoko.‭ ‬Wśród podobnie wyglądających mężczyzn trudno go rozpoznać.‭ ‬I nagle słyszy jego głos.‭ ‬Teraz wie,‭ ‬w którym kierunku ma pobiec.‭ ‬I już za chwilę jest w jego ramionach.‭ ‬Wysoko uniesiony widzi jego oczy.‭ ‬Teraz znów mogą być razem.

CZYTAJ DALEJ

fb/narodzeni