ELENI

Jeśli można spotkać czasem anioła stąpającego po ziemi, to Eleni jest jednym z takich nielicznych żyjących pośród nas. Miałem to szczęście, że mogłem się z nią spotkać osobiście. Jeśli ktoś nie zna historii Eleni i patrzy na nią tylko przez pryzmat sceny, jak na piosenkarkę, to obejmuje w ten sposób tylko ułamek jej życia. Bo choć scena jest dla niej ważnym elementem, to jednak nie najważniejszym. W jej życiu wydarzyła się wielka tragedia – straciła jedyną córkę Afrodytę. To bolesne doświadczenie niejednego by kompletnie załamało. Dla niej stało się poniekąd punktem zwrotnym. Po wielu nieprzespanych nocach i tygodniach, kiedy starała się znaleźć odpowiedź na pytanie „dlaczego?”, dziś wie, że można ją poznać tylko w kontekście Bożego miłosierdzia. Eleni chce się tym dzielić z innymi i nie ma oporów, aby o tym wszystkim opowiadać. O trudnych doświadczeniach mówi z pełną pokorą i dystansem do siebie. Swoim życiem i poświęceniem  dla  innych  pokazuje,   że  niezależnie  od wszystkiego, nawet w najtragiczniejszych momentach można zaświadczyć, na czym polega prawdziwe człowieczeństwo.

Życiorys Eleni to niemal gotowy scenariusz filmowy. Mimo że jest Greczynką, to właśnie Polska stała się jej ojczyzną. Urodziła się już w Polsce jako dziesiąte, najmłodsze dziecko w rodzinie Milopulosów. Jej rodzice przybyli do Polski w latach pięćdziesiątych. Wojna domowa, która miała miejsce w tamtych czasach w Grecji, spowodowała, że wielu jej mieszkańców musiało wyemigrować do  innych krajów.  Polska przyjęła w tamtym okresie około 12 tysięcy Greków. W Bielawie, gdzie osiedlili się Milopulosowie, mieszkało 50 greckich rodzin.
Mieliśmy być w Polsce przez rok. Moi rodzice byli przekonani, że powrócą do Ojczyzny. Ale stało się inaczej... – mówi Eleni.
Rodzice żyli w Polsce ponad 35 lat. Nie było im łatwo z powodu bariery językowej, innej kultury, innych tradycji, ale bardzo szybko zaaklimatyzowali się. Cieszyli się, że mają dach nad głową, że ich dzieci są zdrowe, że mają pracę. Jak wspomina Eleni, jej rodzice nigdy nie narzekali. Zawsze starali się być pogodnymi ludźmi, pomagali drugiemu człowiekowi.
Byli wspaniałymi ludźmi. Nauczyli nas, że trzeba się cieszyć z tego, co jest.
Część rodzeństwa Eleni urodziła się jeszcze w Grecji, jeden z braci w Jugosławii, siostra w Czechosłowacji, a ona i kolejny brat w niewielkiej Bielawie na Dolnym Śląsku. W tym całym nieszczęściu tułacza ta okolica i przypominające Grecję pofałdowane tereny Przedgórza Sudeckiego były dla nich promykiem nadziei.
Moi rodzice pochodzili z północnej Grecji. To są tereny nizinne, a wokół są góry. Podobnie położna jest Bielawa. Wokół niej są Góry Sowie.
W tamtym niełatwym czasie mieszkający w Bielawie Grecy trzymali się razem. Więzy między nimi były bardzo mocne. Mimo życia na obcej ziemi i biedy, Eleni wspomina dziecięce lata bardzo dobrze.
Było wspaniale, mimo że mieszkaliśmy w dwóch pokojach — dwanaście osób: dzieci, rodzice i babcia. Zawsze była świetna zabawa. Ten czas dzieciństwa wspominam bardzo dobrze. Zawsze dużo śpiewaliśmy, była gitara, mandolina. Ja, jako najmłodsza., od dziecka, nasiąkałam muzyką. Moje starsze rodzeństwo było bardzo muzykalne. Nie musiały być imieniny czy urodziny, żeby śpiewać. Po prostu siadaliśmy i śpiewaliśmy. Przekazali nam to dziadkowie.

Żeby zrozumieć życiową postawę Eleni, trzeba wiedzieć, jacy byli jej rodzice. A byli bardzo kochający. Nie byli surowi, bo każdy z nas wiedział, co ma robić w domu. Wszyscy mieli przydzielone funkcje - bracia trzepali dywany, dziewczyny w każdą sobotę myły okna, prasowały. Mimo że czasy były trudne i wszystkim było ciężko, rodzice byli pogodni. Wychowywali ich w duchu wiary. Nigdy nie narzekali. Pracowali ciężko w zakładach bawełnianych Bielbaw. Eleni mówi, że swoim postępowaniem dawali dzieciom przykład, jak należy żyć i co powinno się robić dla drugiego człowieka. Kiedy któryś z sąsiadów coś upiekł, dzielił się tym. Było wokół trochę rodzin greckich, ale głównie mieszkali Polacy.
Pamiętam, jak mamy wychodziły na dwór z praniem, wieszały je na sznurkach, a my, dzieci, wokół tych mam bawiłyśmy się. To życie, można powiedzieć, było sielskie.
Pomagało się każdemu. Jeśli nawet ktoś wyrządził rodzicom krzywdę, oni zawsze potrafili tę osobę jakoś usprawiedliwić. Ten fundament, który Eleni wyniosła z domu, na pewno pomógł jej przetrwać późniejszą utratę jedynego dziecka. Wzrastała w atmosferze bardzo kochającej się rodziny. Troska i opieka nad innymi, wzajemne wspieranie się było czymś normalnym.
Rodzice nie znali języka polskiego, nauczyli się go w pracy, od sąsiadów. Eleni nie mówiła po polsku do szóstego roku życia. Ponieważ w Bielawie mieszkało 50 greckich rodzin, założyli klub, do którego przychodziło także wielu Polaków. Uczyli ich tańców i śpiewu. Myśleli, że w Polsce są tylko chwilę, a potem wrócą do Grecji. Podczas spotkań cały czas rozwiali o Ojczyźnie.

Pamiętam, jak zbieraliśmy się w klubie i 1 stycznia mówiliśmy, że w przyszłym roku spotkamy się w Grecji. Myśleli, że powrócą, ale kiedy minęło już kilka lat, postanowili, że pozostaną w Polsce.

To dzięki tej decyzji wielu Polaków mogło poznać grecką muzykę, grecki folklor, no i pokochać Eleni: jej głos, urodę, piosenki. Scena była jej naturalną drogą, bo dorastała w domu, w którym muzyka na żywo była elementem codzienności.
Kariera Eleni zaczęła się wcześnie, jak to zazwyczaj bywa w przypadku artystów. Jej początki to szkoła podstawowa i zespół Niezapominajki. Potem w szkole średniej z dwiema przyjaciółkami założyły trio śpiewające ballady (zresztą nazywało się Ballada). Wszystkie należały do chóru szkolnego. Eleni interesowała się również sportem, ale nie dało się wszystkiego pogodzić. Był też moment, że chciała zostać nauczycielką wychowania muzycznego, ale (dla fanów jej twórczości może na szczęście) tak się nie stało, bo nie dostała się do wyższej szkoły pedagogicznej. Wtedy pomyślała, że przez rok popracuje w greckim zespole Prometheus. Propozycja przyszła od jej obecnego menedżera Kostasa Tzokasa i ówczesnego założyciela Prometheusa, choć do tego wszystkiego namawiał go brat Eleni. Był to rok 1975. Eleni zawsze kochała śpiewanie, ale była nieśmiała. Tym, co popychało ją do przodu, była chęć pomocy rodzicom. Po prostu w domu brakowało pieniędzy. Dlatego pierwszą wypłatę wysłał im w całości, jak mówi: …w podziękowaniu za to, że tak wspaniale nas, dzieci, wychowali.
Myślała, że pośpiewa rok, ale praca w zespole przedłużyła się i trwa do dziś. Na początku nie sądziła, że zostanie piosenkarką. Wiele zawdzięcza – co podkreśla na każdym kroku – menedżerowi, który ją pokierował i pomógł zostać na polskim rynku. Dla nas ten zespół i ta muzyka wydawały się wówczas bardzo egzotyczne. Podróże były przywilejem nielicznych, a oni swoimi występami dla polskiej publiczności przybliżali kawałek Grecji. Czy Polacy rozumieli to, co zespół chciał im przekazać?

Na początku krótko streszczaliśmy treść piosenek, aby publiczność wiedziała, o czym śpiewamy. Z czasem stwierdziliśmy, że trzeba wprowadzić do programu polskie utwory, ale o charakterze greckim. Wszystko zaczęło się o pierwszej piosenki Kostasa „Po słonecznej stronie życia”.

Przyszedł jednak taki czas, że rodzice Eleni wyjechali. Był to rok 1987. Taką decyzję podjęło też jej rodzeństwo, mimo że bracia ożenili się z Polkami. Po prostu wyjechali do lepszego świata, ponieważ Polska w latach osiemdziesiątych to był kraj biedy i szarzyzny, a także braku jakichkolwiek perspektyw. Grecja, będąca wówczas na innym etapie rozwoju, jawiła się nam jako zachodni raj.

Czy po latach nie żałuje tego, że ona i jedne z jej braci pozostali w Polsce? Piosenkarka nie ma wątpliwości.

Tu jest mój dom, tutaj mam przyjaciół, publiczność. A do Grecji jeżdżę co rok. Wspominamy wtedy te chwile, które spędziliśmy w Polsce. 

Polska dla Eleni stała się właściwie jedynym domem na ziemi. Tu się urodziła, tu zaczęła karierę, tu poznała przyszłego męża. Fostis pracował w zespole jako akustyk. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Byli do siebie bardzo podobni pod względem pracowitości i zaangażowania w występy zespołu, jak też przywiązania do greckich korzeni. Wspólna praca scementowała ich życie na dobre i na złe. Swoją twórczością chcieli przekazać to, co najważniejsze – miłość, nadzieję i optymizm. W muzyce greckiej jest też dużo refleksji, radości i nostalgii. Nawet jeśli ktoś nie zna słów, to pozostają w nim duże emocje. Zespół wydał kilkanaście płyt, z czego siedem dostało tytuł złotej płyty, a dwie platynowej.
Wkrótce na świat przyszła też Afrodyta, ich córeczka. Eleni nie wiedziała, jaka będzie płeć dziecka (wtedy nie robiło się takich badań jak obecnie), ale bardzo ucieszyła się, gdy okazało się, że to dziewczynka. A skąd pomysł na takie antyczne imię?

Ja do końca swojej ciąży śpiewałam. Trasę koncertową zakończyliśmy w Sopocie. Odbywał się wtedy tam festiwal. Nie zdążyłam wrócić do domu i urodziłam Afrodytę w Gdyni. Znajomy Grek, który śpiewał w czasie festiwalu, i menedżer przyszli mnie odwiedzić. Wówczas właśnie nasz znajomy powiedział, że musi być Afrodytka. I tak zostało to imię.

Jeśli ktoś miał rodziców artystów albo znajomych, to doskonale wie, jak trudno jest pogodzić dom i wychowywanie dzieci z pracą, która wymaga częstych wyjazdów. Eleni przyznaje, że nie poświęcała wówczas dziecku tyle czasu, ile by chciała. Tym bardziej, że w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych trasy koncertowe były bardzo długie. Na ogół wyjeżdżało się na dwa, trzy tygodnie, a nie tylko na weekend. Małą Afrodytą opiekowała się wówczas rodzina.

Pamiętam te wyjazdy w trasę, pakowanie, kiedy Afrodytka krążyła wokół moich walizek, bo wiedziała, że już wyjeżdżam. Te rozstania były bardzo trudne.

Zarówno muzyka Eleni, jak i jej życie składa się z dwóch etapów: przed rokiem 1994 i po roku 1994, kiedy to w tragiczny sposób zginęło jej jedyne, ukochane dziecko. Powiedzieć, że to był bardzo trudny moment, to mało. To była tragedia, rozpacz! Utrata dziecka miała swój wpływ także na twórczość artystki. Przez muzykę, teksty piosenek chciała wykrzyczeć ból, ale również wesprzeć innych, którzy przeżywają dramat. Jednak o tym opowie sama później...

Do tamtej pory życie układało się pięknie. Nagle wszystko się zawaliło. Afrodytka została brutalnie zamordowana. Zabójcą okazał się jej były chłopak!
Eleni dopiero po wszystkim dostrzegła, że to było zniewolenie psychiczne. Afrodyta nie mogła z niego wyjść, a kiedy się udało, było już - niestety - za późno.

Ten dzień pamiętam do dziś, choć wiele rzeczy się zatarło, bo jednak minęło już 16 lat od tej tragedii. Kiedy otrzymaliśmy wiadomość, że Afrodyta nie żyje, pierwszy telefon, jaki wykonałam, był do mamy Piotra, jej byłego chłopaka, który tego dokonał. Stwierdziłam, że obie straciłyśmy dzieci.

Postąpiła w ten sposób w momencie, kiedy straciła jedyne dziecko, kiedy zawalił się świat, kiedy człowiek czuje, jakby został na ziemi bez niczego... Czy ktoś zna osobę, która postąpiłaby nie tylko tak miłosiernie, ale i heroicznie? Kto umiałby z jednej strony znaleźć w sobie w takiej chwili tyle współczucia, a z drugiej opanować te wszystkie emocje? A może po prostu znaleźć w sobie tyle pokory?
Wróćmy do momentu, kiedy się to wszystko stało.

Do głowy mi nie przyszło, że mogłoby się zdarzyć coś bardzo niedobrego. Wyobrażałam sobie, że ktoś porwał Afrodytę i ją więzi. Kiedy Piotr został zatrzymany, przyznał się.

Eleni przeczuwała, że to może być on, dlatego telefonowała do jego rodziców.

Pytałam, czy Afrodytka była u niego w domu. Okazało się, że przez chwilę tak, dlatego wskazałam policji, że powinna zapytać jego, czy coś wie. Kiedy już się dowiedzieliśmy, przeżyliśmy cios. Przyjaciółki mi przypominają, że zadzwoniłam do wszystkich koleżanek Afrodyty, zawiadamiając o jej śmierci.

Ten moment zaważył na życiu rodziny Eleni, ale także i rodziny chłopaka Afrodyty. Dla młodego człowieka, który dostaje karę 25 lat więzienia, świat się właściwie kończy. Jednak dopiero kiedy siedzi się w celi, przychodzi refleksja, że na własne życzenie zniszczyło się cudze i swoje życie. Gazety relacjonujące przebieg procesu zwracały uwagę na to, że chłopak na sali sądowej był pewny siebie, zaborczy. Dopiero po kilku latach spędzonych w więzieniu okazał skruchę. Stało się to w momencie, kiedy Eleni sama do niego zadzwoniła.

Miałam tam pojechać wcześniej, ale troszkę się bałam, żeby media, prasa nie zrobiły z tego spotkania przedstawienia. Miałam przykre doświadczenia jeśli chodzi o prasę po tragedii. Musiałam przeczekać ten czas, kiedy ukazywały się różne artykuły. Wtedy powiedziałam sobie, że należy to przemilczeć i nie wdawać się w dyskusje.

Po śmierci córki nastało wiele nieprzespanych nocy. Eleni ze spuchniętymi oczami i chusteczką w dłoni zadawała mnóstwo pytań zarówno sobie, jak i Bogu. Dlaczego przydarzyło się to właśnie jej? Dlaczego dotknęło to jej rodzinę? W końcu otrzymała odpowiedź.
Robiłam sobie rachunek sumienia, gdzie ja popełniłam błąd jako matka, czy jako dorośli coś przeoczyliśmy? Czy praca, którą wtedy wykonywałam, wyjazdy mogły mieć na to, co się stało, jakiś wpływ? Trudno jest samego siebie ocenić. Nie potrafiłam sobie wybaczyć, choć wybaczyłam Piotrowi. Zaborcze uczucie doprowadziło do tragedii. Młodzi ludzie nie mówią o swoich problemach, nie wiemy, co ich martwi.

Czy dlatego, że nie mają do nas zaufania? W jakimś sensie chyba tak. To wynika choćby z różnicy pokoleń; różnicy w sposobach komunikowania się ze sobą; może czasem też z bariery, którą my, dorośli, stawiamy między nami a naszymi dziećmi. Często nawet tego nie chcemy, ale nie potrafimy tego muru zburzyć.

Ja z Afrodytą rozmawiałam bardzo często. Mówiłam, że z każdym problemem może do mnie przyjść, że ma mi o wszystkim mówić. Widziałam, że to uczucie jest niedobre. Mówiłam jej o tym, ale ona broniła się, broniła także Piotra. Wiele razy kłóciłyśmy się o to. Ona nie potrafiła z tego wyjść. Kiedy zerwała z Piotrem, stało się to najgorsze. Afrodyta przeczuwała, że stanie się coś złego. Mówiła o tym koleżankom, kolegom, ale każdy uważał, że to bzdura. Dlatego teraz od 15 lat spotykam się z młodzieżą w szkołach. Afrodyta zostawiła zapiski o tej znajomości, ostrzegając ludzi młodych przed zaborczym uczuciem. Znalazłam je w jej komputerze po śmierci. Bardzo długo zastawiałam się, co mam zrobić z tymi zapiskami, które niewątpliwie miały jakiś cel. Wtedy postanowiłam, że będę czytać młodzieży te słowa i z nimi dyskutować, zachęcać, by rozmawiali ze swoimi rodzicami, żeby nie było między nimi bariery.
Kiedy mówię im, że powinni rozmawiać z rodzicami, często odpowiadają, że nie mają czasu. Wtedy im tłumaczę, że rodzice mają swoje problemy, dlatego to właśnie młodzi powinni pomagać w znalezieniu czasu. Skoro młoda osoba uważa się za dorosłą, powinna być odpowiedzialna i też pomagać.

Tej mądrości nauczyło Eleni życie, choć może właściwiej byłoby napisać, że dom rodzinny i postawa rodziców. Oni w tamtych niełatwych  czasach nic  nie  musieli  mówić.  Wystarczyło, że pokazywali dzieciom, jak trzeba się zachować.

Kiedy ktoś skrzywdził moją mamę, wybaczała od razu. Dlatego wzrastałam w miłości do każdego człowieka, niezależnie, co zrobi, kim jest. Rodzice uczyli nas pokory, naturalnej dobroci. Jestem osobą wierzącą, więc wiara pomogła mi podnieść się z tej tragedii. Choć nie ma Afrodytki fizycznie, jest z nami duchowo. Przedłużeniem jej obecności są jej notatki. To ona przemawia w nich do tych młodych ludzi.

Do tych notatek Eleni zajrzała pewnego ranka po wyjątkowo spokojnie – jak na trudny czas – przespanej nocy. To nawet nie do końca są notatki ani list. To były leżące w szufladzie zaledwie trzy strony, na których Afrodyta opisywała swoją toksyczną znajomość z Piotrem. Eleni nie robi z tego tajemnicy choćby po to, aby pomóc w ten sposób innym, przestrzec ich. To tekst skierowany do ówczesnych rówieśników Afrodyty. Dojrzały, bo nastoletnia dziewczyna pisze w nim, że każdy z nas powinien być małym psychologiem. Kiedy kogoś poznajemy, należy wiedzieć, z kim mamy do czynienia. Zadaje także pytanie, czym jest wolność, i na nie właśnie odpowiada. Według Afrodyty wolność to nie znaczy robić, co się chce, ale to oznacza być sobą i rozwijać się bez żadnych ograniczeń. Trzeba przyznać, że jej przemyślenia są bardzo dojrzałe jak na uczennicę szkoły średniej. Eleni uważa, że to była forma jej pożegnania ze światem. Córka przeczuwała, że może ją spotkać coś złego.
Od momentu, kiedy pojawił się Piotr w życiu Afrodytki, nie mogła mieć koleżanek ani kolegów. Chciał ją mieć wyłącznie dla siebie. To właśnie bardzo zaczęło mi się nie podobać. Zawsze pozwalałam Afrodytce zapraszać wiele koleżanek i kolegów. U nas w domu zawsze było głośno, gwarno, co zresztą pamiętałam jeszcze ze swojego dzieciństwa. W momencie, kiedy to wszystko się urwało, dla mnie to było nie do przyjęcia.
Skąd u młodego człowieka tak zaborcze, zabójcze uczucie?

Naprawdę nie wiem. Może Piotr był tak bardzo zakochany w Afrodytce, że nie potrafił poradzić sobie z tym uczuciem, a z kolei ona dusiła się w tym wszystkim. Chodziła do szkoły plastycznej, gdzie było mnóstwo fantastycznych osób, indywidualności, mali artyści. To, co napisała Afrodytka, że wolność oznacza rozwijanie się bez ograniczeń, oznaczało, że widocznie nie mogła się także rozwijać.

W nocnych rozmowach z Bogiem Eleni zaczęła obwiniać siebie za zaistniałą sytuację. Uważała i nadal uważa, że dorośli w takich momentach też powinni się poddać ocenie; zastanowić, gdzie popełnili błąd, czy czegoś nie przeoczyli w wychowaniu dziecka. Przepraszała i prosiła o pomoc. Przepraszała Boga za zaniedbania i prosiła, by pozwolił z tym bagażem doświadczeń dalej żyć.
Czy zachowanie Piotra mogło być spowodowane tym, jak wychowali go rodzice? Eleni nie chce nikogo krytykować. Tym bardziej, że znała i Piotra, i jego mamę.

Każdy rodzic chce jak najlepiej wychować swoje dziecko. Ja myślę, że Piotr nie poradził sobie z tym uczuciem.

W tym najtrudniejszym momencie Eleni pomagało wiele osób: przyjaciele, bliscy, a także osoby ze szkoły, do której chodziła Afrodyta. Dostawała też mnóstwo listów czy telefonów. Choć tak naprawdę w żałobie człowiek pozostaje sam, bo musi sam to wszystko sobie poukładać. Pomogli jej również przyjaciele księża, chociażby znany ks. Arkadiusz Nowak. Ale i tak były nieprzespane noce. Dziś Eleni mówi:
Myślę, że żaden człowiek nie powinien tłumić w sobie płaczu. Powinien płakać. Jest to potrzebne. Ale nie robiłam tego przy moich bliskich. Pomagała mi praca. Wiedziałam, że nie mogę zostawić swojej publiczności, choć na pewno nie było to łatwe. Moja publiczność była ze mną w tych trudnych momentach,

Ludzie okazywali Eleni wsparcie po koncertach. Mówili, że modlą się, aby to wszystko wytrzymała. Musiała zmienić repertuar, bo nie mogła śpiewać tych wszystkich poprzednich piosenek. Musiała to sobie sama poukładać. Skąd jeszcze czerpała siły?

Dzięki wartościom wyniesionym z domu rodzinnego, z tego, że jestem osobą wierzącą, wiedziałam, że jeśli nie znajdę siły, to ja i moi bliscy nie poradzimy sobie z tym. Od najmłodszych lat w domu towarzyszył nam Bóg. Moi rodzice sami doświadczyli Bożej opieki, modlili się, dziękowali za każdy dzień. Starali się pokazać nam, że Bóg jest mocą, która daje nam siłę, pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile... Ale rozmowa z Piotrem też bardzo mi pomogła.

Kiedy podjęła decyzje o przebaczeniu zabójcy ukochanej, jedynej córki? Właściwie od razu. Nie dość, że w tym najtrudniejszym momencie nie odwróciła się od Boga, nie obwiniała Go – co ma czasami miejsce – to jeszcze potrafiła pokazać, czym jest Boże miłosierdzie. Wiara po raz kolejny okazała się dla niej najważniejszą częścią życia, siłą, która pozwala przetrwać. Sama przyznaje, że ta tragedia jeszcze bardziej zbliżyła ją do Stwórcy.

Kiedy dowiedziałam się o śmierci Afrodytki, wiedziałam, że doszło do tragedii dwóch rodzin. Uważałam, że tych rodziców trzeba ranić jak najmniej, bo to jest okropny krzyż również dla nich. Myślę, że dzięki wychowaniu przez rodziców, nie miałam problemu z wybaczeniem. Ja tylko cały czas myślałam, gdzie doszło do tragedii, gdzie my, dorośli, popełniliśmy błędy – zarówno rodzice Piotra, jak i my. Człowiek zadaje sobie pytanie „dlaczego?”, ale tak naprawdę na to nie ma odpowiedzi.

Według Eleni przebaczyć to nie znaczy zapomnieć, tylko wyzbyć się negatywnych emocji, które nas niszczą od środka. Przebaczyć to odzyskać spokój, duchową równowagę.

Mogę powiedzieć, że każde trudne doświadczenie, każde cierpienie, ból bardzo człowieka uszlachetniają. Patrzymy potem zupełnie inaczej na ludzi i świat, a problemy, które wcześniej uważaliśmy za tragedię, wydają się już banalne.

Eleni wybaczyła byłemu narzeczonemu córki i sprawę w tym sensie uważa za zamkniętą. Proces się odbył. Piotr dostał 25 lat więzienia.

Kiedy rozmawialiśmy, mówił mi, że przed naszą rozmową myślał, co ma mi powiedzieć, bo słowo „przepraszam” nie odda tego, co on czuje. Mówiłam mu, żeby w więzieniu uczył się, zdobył zawód, żeby uczył się być dobrym człowiekiem. Piotr odpowiedział, że może kiedyś uda mu się uratować czyjeś życie. Myślę, że w nim nastąpiły jakieś przemiany.

Co by było, gdyby do tej rozmowy, do tego spotkania nigdy nie doszło? Myślę, że postawa Eleni, jej dobroć po prostu pomogły temu chłopakowi. Dzięki przebaczeniu zmienił się, zaufał innym. Wszystko stało się łatwiejsze także dla jego rodziców. Ale taka postawa Eleni nie była łatwa ani dla niej samej, a tym bardziej - jak się okazało - dla jej bliskich.

Mój mąż i szwagier nie mogli się z tym pogodzić, nie umieli przebaczyć. Były nawet ostre słowa. Ale moje słowa i wywiady, których wtedy udzielałam, spowodowały, że ich emocje opadł., Potrzebowali na to czasu. Teraz już normalnie żyją, funkcjonują, potrafimy się śmiać, żartować. Mój mąż uszanował moją wolę. Gdybym nie przebaczyła, nie wiem, czy bylibyśmy jeszcze rodziną, czy nie doszłoby do rozpadu.

Rozmawialiście o tym?
Na początku każdy po swojemu, w cichości płakał, każdy z nas osobno to przeżywał. Potem nawet trudno było mojemu mężowi mówić o Afrodytce. Mój mąż nie mógł chodzić na cmentarz, ja musiałam być codziennie.

Potrafiła Pani patrzeć na inne matki z dziećmi?

Bolało mnie to. Mam grono przyjaciółek, które mają dzieci, problemy. Ale ja musiałam przez to przejść.

Dziś wszyscy na ten temat mówicie jednym głosem?

Każdy po swojemu to przeżywa, wspomina Afrodytkę. Ja na przykład chodzę na cmentarz. Zrobiłam wokół grobu Afrodytki ogródek, o który muszę dbać.

Zaledwie po trzech miesiącach od śmierci córki Eleni ponownie wyszła na scenę. Niektórym trudno może uwierzyć, że tak szybko, ale przecież śpiewanie to jej zawód! To było też dla niej jak zmartwychwstanie. Przez miesiąc żyłam na tabletkach – przyznaje. Ale powiedziała „stop”, bo to niczego nie rozwiązuje. Podjęła decyzje, że musi wrócić do pracy. W 1995 roku nagrała płytę „Nic miłości nie pokona”, która była dedykowana Afrodytce. Nie miała być smutna, ale refleksyjna, taka, przy której należy się zatrzymać i zastanowić nad swoim życiem. Utwory na niej niosą przesłanie: szukajmy światła, bo bez niego nie da się żyć.
Eleni mówi:

Każdy z nas powinien czasami nie włączyć telewizora, muzyki, tylko pozostać w ciszy, bo wtedy może usłyszeć siebie i wszystkie sprawy, które nas otaczają. Widziałam, że w czasie tych pierwszych po przerwie koncertów ludzie mieli łzy w oczach. Wiedziałam, że są razem ze mną.

Szacunek i przekazywane dobro przenika w obie strony. To znaczy, że jeśli ktoś bierze, to także i oddaje. Każdy artysta z szczerej radości odbiorcy czerpie niesamowitą energię. Mówią to wszyscy, którzy zajmują się na przykład działalnością charytatywną. Anna Dymna przyznała kiedyś, że uśmiech na twarzach podopiecznych dodaje jej sił na wiele tygodni. Obie strony są szczęśliwe. A ponieważ Eleni jest osobą rozpoznawalną, zdarza się do dziś, że ludzie na ulicy podchodzą do niej i dziękują za to, co zrobiła, za jej postawę, miłosierdzie.

Bardzo dużo osób tak zrobiło. Mnóstwo osób zgłasza się do mnie po porady, kiedy chociażby tracą swoje dziecko w wypadku, jak przeżyć ten okres. Okazuje się, że mogłabym założyć poradnię.

Czy usłyszała Pani, że Pani postawa uratowała kogoś i jego bliskiego?

Tak. Mam bardzo wiele takich listów. Nie tylko postawa, ale także piosenki są drogą w ich życiu. Czasem słyszałam: „Pani Eleni, od teraz chcę być lepszy".

Chyba nie ma piękniejszego wyrazu uznania dla artysty, dla każdego człowieka, niż usłyszeć takie słowa od kogoś, dla kogo się poświęca. Eleni przyznaje, że płytą „Nic miłości nie pokona” chciała powiedzieć innym, żeby się nie poddawali! Że siłę i moc daje Bóg. To On jest panem ludzkiego życia, a my powinniśmy z pokorą przyjmować Jego wolę. Reakcja słuchaczy tylko utwierdziła ją w tym przekonaniu. Pisali, że ta płyta stała się dla nich taką pomocną dłonią. Wielu z nas potrzebuje często zwykłych ludzkich odruchów. Po jakiejś tragedii najczęściej, nie tak bardzo jak pieniądze, potrzebne jest duchowe wsparcie, znak, że ktoś o nas myśli.
Swoją drogą szkoda też, że nie potrafimy już żyć normalnie, cieszyć się dniem, tylko wciąż pędzimy albo żyjemy tak, jakbyśmy byli zamknięci w jakimś' szczelnym kloszu, i dopiero tragiczne zdarzenia, przypominają, po co i dla kogo jesteśmy. Zazwyczaj nie dostrzegamy, co dzieje się wokół nas, i dopiero, kiedy odchodzi ktoś bliski, zatrzymujemy się i najczęściej wówczas żałujemy... Ile razy obiecywaliśmy sobie, że z kimś porozmawiamy, pogodzimy się, wszystko wyjaśnimy... ale zawsze było coś ważniejszego. Czyż nie tak? Pewnie ani jeden mężczyzna na łożu śmierci nie żałował, że spędził za mało czasu w pracy, a niemal każdy będzie sobie wyrzucał, że za mało siebie dał dzieciom czy rodzinie. „Co masz zrobić jutro, zrób dziś – mówiła moja Mama... To tak niewiele kosztuje, za to ile da innym.
Nie odkładajmy, bo nie wiemy, co będzie jutro. Nasze jest dziś, tu i teraz – mówi Eleni.

W moim życiu zetknęłam się z odejściem bliskiej osoby. To była babcia. Potem w 1990 roku odchodzi tata, w 1992 roku — mama, w 1994 - Afrodytka, a w 1995 - mój szwagier, który mieszkał w Grecji. Od odejścia babci, taty zetknęłam się ze śmiercią. Myślę, że to bardzo wzmacnia. Zaczyna się myśleć o śmierci. Dlatego każdy dzień, każdą minutę, każdą chwilę trzeba spożytkować dobrze. Trzeba dobrze żyć, tak aby nie zarzucić sobie czegoś względem bliskich. To doświadczenie, ta tragedia spowodowały, że zaczęłam jeszcze głębiej wchodzić w siebie. Zaczęłam patrzeć zupełnie inaczej na problemy, które mnie otaczają. Zdystansowałam się od wielu spraw, problemów wokół mnie. Nic za wszelką cenę. Są sprawy ważne i ważniejsze. My w dzisiejszych czasach nie umiemy się zatrzymać. A do czego to prowadzi? Nie mamy czasu dla bliskich, żeby spotkać się z przyjaciółmi. A ile radości jest, kiedy się spotykamy. Dokąd tak pędzimy? Co się z nami stało?

Co zrobić, abyśmy nie ocknęli się, kiedy będzie za późno? Odpowiedź na to pytanie niby jest oczywista, ale niełatwa do zrozumienia, a jeszcze trudniejsza do realizacji. Zazwyczaj wszyscy po podobnych tragediach mówią, że to ich wzmocniło. Eleni także, więc jeśli tak, to mamy z kogo brać przykład. Zresztą Eleni stara się właściwie każdego dnia być dobrym człowiekiem. Jakiś czas po śmierci Afrodyty zaprzyjaźnieni księża zaczęli zapraszać ją na spotkania rekolekcyjne, szczególnie z młodymi. Eleni opowiada podczas nich, co Afrodyta miałaby im do przekazania. Stara się dużo mówić o dialogu z rodzicami. Tym bardziej, że czasy takim dobrym relacjom nie sprzyjają.

Bardzo się cieszę, że spotykam się z młodymi ludźmi, że mogę z nimi rozmawiać o życiu. Chciałam zostać nauczycielką wychowania muzycznego. Teraz chodzę do młodych ludzi i udzielam im lekcji życia. Opowiadam im o swoim życiu, dając jakieś wskazówki. Ale i tłumaczę, że młodzi też muszą wyjść naprzeciw rodzicom, zapytać, jakie oni mają problemy. Bo pewnie nie doszłoby do tragedii, gdyby Afrodyta powiedziała mi, że się boi, że ma kłopoty. Ale przekazuję, że tak naprawdę najważniejsza jest miłość.

Dlatego też często mówi o Bogu i religii. Nie boi się, nie wstydzi, wręcz przeciwnie. Chodzi o tę codzienność, żeby na nowo odkrywać Tajemnicę.

Dla mnie wiara jest bardzo ważna. Przecież z Bogiem można rozmawiać jak z przyjacielem. Przebaczenie też jest łaską Bożą.

Piosenkarka  uważa,  że  spotykanie się  z  innymi ludźmi, opowiadanie o tym, co ją spotkało jest czymś w rodzaju misji.

Nawet dla zmiany jednej zagubionej osoby warto pokonać setki kilometrów. Ich reakcje i opowieści, jak to oni później na przykład przeprosili rodziców, z którymi byli w konflikcie, dodatkowo mnie motywują. Trzeba iść i to robić!

Eleni należy do tych, których tragiczne wydarzenie umocniło. Niektórym pewnie trudno w to uwierzyć, ale ponieważ ja sam czegoś podobnego doświadczyłem, to wiem, że jest to możliwe. Eleni mówi:

Odkryłam nowe pokłady. Jestem radosna, potrafię się uśmiechać, potrafiłam wyjść naprzeciw moim przyjaciołom, kiedy oni nie wiedzieli, jak mają do mnie podejść, jak mnie pocieszyć. Tak, jestem silna, nawet nie wiedziałam, że tak bardzo.

Ze mną było bardzo podobnie. Spotkania, na które i ja jestem zapraszany, moje programy, rozmowy na antenie TVP i ta książka są tego dowodem. Ale warunkiem podstawowym jest nasza wola. Jeśli sami tego nie chcemy albo się przed tym bronimy, to nic już nam nie pomoże...

Afodytka pomaga mi bardzo. To, co zostawiła, nie poszło na marne. To spowodowało, że zaczęłam się spotykać z młodymi ludźmi. Mogę być dla nich dowodem, że takie rzeczy mogą się zdarzyć. Mówię, że najtrudniejszy egzamin, jaki będą zdawać w swoim życiu, to wychowywanie dzieci. Bo jest to piękne zadanie, ale bardzo trudne.

Rozmawiając z ciężko doświadczonymi przez życie osobami, niejednokrotnie miałem wrażenie, że ci, których obok już nie ma, którzy tak tragicznie i zbyt szybko odeszli, patrzą na swoich bliskich; że są w pewien sposób ich prowadzą. I to jest silniejsze, niż nam się wydaje. Jednak trzeba tego chcieć, otworzyć się na to.

Kiedyś ktoś zapytał mnie: „Jak Ty możesz trzymać wszędzie w mieszkaniu zdjęcia Afrodyty? Czy Ciebie to nie boli?”. Mnie dopiero bolałoby, gdyby te zdjęcia byty w szufladzie. Zdjęcia naszych bliskich muszą być na wysokości naszych oczu, oni muszą być blisko nas.

Eleni nie ma wątpliwości, że gdyby Afrodyta żyła, to dziś, jako osoba dorosła i dojrzała, też byłaby artystką, plastykiem na pewno, bo zawsze miała do tego talent, i pewnie skończyłaby grafikę w wyższej szkole plastycznej, wystawiałaby swoje prace w Poznaniu. A może obłe występowałyby razem na scenie?

Kiedy Afrodytka żyła, prosiłam ją, żebyśmy zaśpiewały razem, ale ona nie chciała. Dopiero po jej śmierci znalazłam kasetę z nagraniem, bez podkładu muzycznego. Śpiewała rewelacyjnie.

Zabierała ją Pani czasem na koncert?

Czasami tak, jeśli wyjeżdżałam gdzieś blisko. Ale starałam się zabierać ją jak najrzadziej, bo stwierdziłam, że jest za mała na takie miejsca. Dopiero jak była większa, to ją zabieraliśmy.

Afrodytki tu, na ziemi, już nie ma. Zostały jej zapiski, grafiki i nagrana kaseta. Mnóstwo wspomnień... Ale jest Piotr – jej były chłopak, który dopuścił się zbrodni. Eleni wielokrotnie mówiła, nie tylko w rozmowie ze mną, że mu przebaczyła. Pytanie, co będzie, kiedy on wyjdzie kiedyś na wolność? Czy Eleni boi się momentu, kiedy Piotr opuści więzienie?

Nie, nie boję się tego dnia. Będę dążyć do spotkania z nim... Będę miała mu wiele do powodzenia, a może nic... Ale wiem, że będzie to potrzebne mnie, Piotrowi, jego rodzicom.

Niewiele osób umiałoby okazać takie miłosierdzie, jakie Pani okazała.

Przebaczyć to znaczy wyzbyć się negatywnych emocji, które zniewalają nas wewnątrz. Nienawiść, zawiść to najgorsi doradcy w naszym życiu. Kiedy człowiek nie pozbędzie się tych emocji, emanuje nimi. To oddziaływałoby na moich bliskich, przyjaciół. Czyja, nie wybaczając, mogłabym występować? Nie. Przebaczenie jest najtrudniejszą formą miłości, ale myślę, że warto o to walczyć. Czuję się wolna. Jestem wolnym człowiekiem.

K. Ziemiec, Niepokonani, Kraków 2013, 85-105.

Słowo wzywające do wiary

Plac pełen żołnierzy.‭ ‬Jednakowe mundury.‭ ‬Te same czapki.‭ ‬Równy szereg butów.‭ ‬Padają jedne za drugimi słowa przysięgi.‭ ‬A potem wszyscy rozglądają się ze swoimi bliskimi.‭ ‬Chcą w tej chwili być razem.‭ ‬Mały chłopiec szuka swego ojca.‭ ‬Zadziera głowę,‭ ‬by dojrzeć jego twarz.‭ ‬Za wysoko.‭ ‬Wśród podobnie wyglądających mężczyzn trudno go rozpoznać.‭ ‬I nagle słyszy jego głos.‭ ‬Teraz wie,‭ ‬w którym kierunku ma pobiec.‭ ‬I już za chwilę jest w jego ramionach.‭ ‬Wysoko uniesiony widzi jego oczy.‭ ‬Teraz znów mogą być razem.

CZYTAJ DALEJ

fb/narodzeni